wtorek, 31 stycznia 2017

"Mała zima" Kęstutisa Kasparavičiusa

Są wśród nas tacy, którzy na samą myśl o zimie zwijają się w kłębek i myślą tylko o tym, by przykryć się ciepłą pierzynką lub otulić grubym szalikiem. Dla takich zmarzluchów proponuję alternatywną książkę o zimie, która wbrew pozorom wyzwoli same ciepłe uczucia. I niech nie zmyli was tytuł, bo w najnowszej książce Kasparavičiusa nie ma miejsca na zimowe szaleństwo, choć w każdym opowiadaniu dominuje kolor biały. Ktoś mógłby zapytać - Cóż to znowu za kolor? To w ogóle jest kolor?. A niby dlaczego miałoby się podobać wyłącznie to, co wyraziste i barwne - sugeruje autor - Czy chmury, mleko, łabędzie i białe róże są mniej urokliwe tylko dlatego, że są białe?. Pisarz w malowniczy i subtelny sposób udowadnia, że czysta biała kartka potrafi być piękna sama w sobie, a pośpieszne próby jej zamalowywania mogą być jedynie efektem skojarzeń z zimową aurą, przed którą bezskutecznie próbujemy uciec. Mała zima jest więc zbiorem zabawnych i pouczających historii, które koncentrują się wokół białych przedmiotów. Na pięknie ilustrowanych kartach znajdziemy m.in. białe płatki jaśminu, przypominające do złudzenia śniegowy puch, wędrujący biały domek, który nagle wyruszył w świat, przynosząc wstyd poważnym nieruchomościom, czy trzy białe niedźwiadki, które po spotkaniu z krową zmieniły się w łaciate pandy. I nie bójcie się, bo książka jest nie tylko biała, ale i jasna, a przy jej oglądaniu nikomu nie zrobi się zimno.


Kęstutis Kasparavičius, Mała zima, wyd. Ezop, Warszawa 2015.




Kęstutis Kasparavičius jest znanym i cenionym litewskim ilustratorem oraz autorem książek dla dzieci. Jego ilustracje zachwycają dzieci od Europy aż po Azję, od Ameryki Północnej aż po Południową. Rysunki i akwarele Kasparavičiusa charakteryzują: delikatna kolorystyka, wyjątkowo dopracowane szczegóły, zwarta kompozycja i swoiste poczucie humoru. Jego książki przetłumaczono na kilkadziesiąt języków, w tym na język polski. Kilkakrotnie był nominowany do Nagrody Andersena oraz Nagrody Astrid Lindgren. 

Siedem wspaniałych opowieści Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel

W niniejszym poście pragnę polecić Państwu książkę pt. Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel, dzięki której Wasze dzieci będą mogły ponownie spotkać się z bohaterami najpiękniejszych baśni, ale w zupełnie nowej, bo współczesnej odsłonie.

Bohaterowie książki, o wyraźnie baśniowej proweniencji, nie zapominają o swojej najważniejszej funkcji, czyli walce z wszelkimi przejawami zła, które w każdej historii przybiera rozmaite formy. Ich nośnikiem może być, zarówno podstępny wilk ze szkolnej ławki, nękający bezbronne koźlątka, jak i trzy obrotne świnki-akwizytorki, będące tym razem utrapieniem wilka, który zamiast uganiać się za kuszącymi dobrami materialnymi, woli wieść spokojne życie w swojej skromnej chatce. Do zaskakującej zamiany ról doszło również w "Kapciuszku". W opowieści, inspirowanej baśnią braci Grimm, miejsce zapracowanej i wykorzystywanej przez wszystkich pasierbicy zajmuje mama, a raczej supermama, której obowiązki domowe są jedyną formą aktywności, na jaką może sobie pozwolić. Na szczęście kobieta podąża za głosem przyjaciółki Anieli, odnajdując w sobie zagubioną duszę artystki i niezrealizowane marzenia. Z wszechobecnym kultem piękna i doskonałości nie może poradzić sobie królewna Miranda, w której odnajdziemy cechy baśniowej królewny Śnieżki - skromność, dobroć i odwagę. Niestety we współczesnych realiach królewnie poskąpiono urody, której deficyt stanowi poważną rysę na zwierciadle królowej Tamiry, władczyni Najbardziej Doskonałego Królestwa Wszech Czasów. Z podobnym problemem boryka się Roszpunka, która ma zaspokoić najważniejsze pragnienie rodziców, czyli pragnienie bycia sławnym. Odbywa się to kosztem prawdziwego talentu dziewczynki, której w Przedszkolu "Celebrity" sukcesywnie podcina się kulinarne skrzydła. Problemy dorosłych nie omijają też Oliwera, który musi zmierzyć się z bolesnym doświadczeniem, jakim jest rozwód rodziców, w czasie którego staje się czymś w rodzaju monety przetargowej. 

Nieletni bohaterowie siedmiu, niezwykle pouczających historii, nie mają łatwego życia, a to dzięki dorosłym, którzy zagubieni we współczesnym świecie i zaślepieni własnymi ambicjami, często zapominają o potrzebach i prawach najmłodszych. To właśnie dzieci w książce Jędrzejewskiej-Wróbel bohatersko walczą z brutalną codziennością, przywracając światu ład i porządek, a dorosłym rozum. Zamiast cieszyć się beztroskim dzieciństwem muszą często zmagać się z poczuciem winy, niską samooceną i samotnością. "Gdybym była idealna, mama by mnie kochała" - powie królewna Miranda, głodząc się, by być idealnie szczupłą w oczach doskonałej matki. Natomiast Roszpunka, podopieczna Przedszkola "Celebrity", szybko zaczyna rozumieć, że to nie ona stanowi centrum zainteresowania paparazzich, lecz jej włosy, a przyklejona na siłę etykietka "pięknowłosej" pozbawia ją własnego ja. Na szczęście w historiach autorki wygrywa "cudowna niedoskonałość", przyjaźń przywraca wiarę we własne możliwości, a gdy dzieją się rzeczy, których nie sposób pojąć rozumem, zawsze zostaje miejsce na miłość. Ta zwycięży wszystko.


Polecam książkę, która nie tylko doda otuchy Waszym dzieciom, ale również będzie literacką i estetyczną perełką w każdej, rodzinnej biblioteczce.


Jagoda Rychter


Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Siedmiu wspaniałych i sześć innych, nie całkiem nieznanych historii, ilustr. Marianna Oklejak, wyd. Bajka, Warszawa 2014

Nie szata zdobi człowieka - o "Ręcznikowcu" Joanny M. Chmielewskiej słów kilka

Bohaterem zabawnej książki Joanny M. Chmielewskiej jest Aleksander, który pozornie nie wyróżnia się niczym szczególnym od pozostałych rówieśników. Podobnie jak inni chłopcy w jego wieku, nie lubi wstawać rano do szkoły, kocha słodycze i swój nieustanny bałagan, o który posądza setki niewidzialnych stworów, odpowiedzialnych za śmiecenie, gubienie i rozrzucanie rzeczy chłopca. Co ciekawe, to właśnie smród brudnych skarpetek "ożywia" Ręcznikowca - niespodziewanego lokatora, który odtąd będzie wiernym towarzyszem zabiegów kosmetycznych całej rodziny. Można powiedzieć, że ich życie przenosi się do łazienki, w której najmłodsza siostra Julka uczy się płynnego czytania, a Aleksander zaczyna podzielać zamiłowanie nowego domownika do muzyki Dire Straits. Ręcznikowiec staje się pełnoprawnym członkiem rodziny i jednocześnie ukrytym narzędziem do rozpoznawania ludzi, obdarzonych wyobraźnią. Jeżeli ktoś widział w nim tylko zwykły ręcznik - tłumaczy Alek - wiedzieliśmy, że nie dostrzega tego, co jest niewidoczne dla oczu. Ten nietypowy lokator towarzyszy chłopcu nie tylko w chwilach relaksu, ale także pomaga w podejmowaniu ważnych decyzji. Jedna z nich zaowocuje ciekawą przyjaźnią, która stanie się potwierdzeniem znanego powiedzenia, że nie szata zdobi człowieka, lecz człowiek szatę. Ale o tym, przeczytajcie sami.

Jagoda Rychter

Joanna M. Chmielewska, Ręcznikowiec, ilustr. Emilia Dziubak, wyd. Bajka, Warszawa 2015

poniedziałek, 30 stycznia 2017

"Koci taksówkarz" Sari Peltoniemi

ilustr. Liisa Kallio


"Było sobie dziewięć razy siedem kotów (bo koty mają przecież aż dziewięć żyć), ale w tej książce poznamy tylko jedno życie każdego z nich. Inaczej byłaby ona zbyt gruba i opowiadała o tylu kocich sprawach, że w końcu wyrosłyby wam wąsy, zaczęlibyście miauczeć i pić mleko ze spodka". 


Tak zaczyna się niezwykle ciepła i wciągająca opowieść o nietypowej przyjaźni dziewięcioletniego chłopca z Babcią Sirkką, opiekunką siedmiu czworonożnych lokatorów. Mówi się, że koty chodzą własnymi drogami, dlatego zapatrzone w czubek swojego różowego noska, stanowią najczęściej tło ludzkich losów, niekiedy bardzo pogmatwanych. W książce Peltoniemi wszystkie czternaścioro kocich oczu skierowanych jest znacznie wyżej, uważnie śledząc smutne spojrzenie babci Sirkki, wpatrzonej w fotografię zmarłego męża. Tym razem kocia ferajna porzuca własne ścieżki na rzecz tych, wyznaczonych przez człowieka, a dokładnie małego chłopca Juho, który korzystając z topograficznej wiedzy swojego taty, w czasie wolnym od szkoły, pełni funkcję kociego taksówkarza. Podczas rowerowych wojaży, chłopiec odkrywa świat z całkiem nowej, kociej perspektywy, przekonując się, że te z pozoru samolubne i bezużyteczne czworonogi to w rzeczywistości mali, kosmaci pielęgniarze, którzy ryzykując swoje jedno z dziewięciu żyć, podejmują się niebezpiecznej próby znalezienia babci życiowego towarzysza. Akcja zapętla się kilkakrotnie niczym kłębek wełny, bo na drodze do babcinego szczęścia pojawi się wiele przeszkód, z którymi młody taksówkarz nie poradziłby sobie, gdyby nie pomoc innych kocich sympatyków, których przybywa z każdym pokonanym kilometrem. Jak zakończy się ta nietypowa intryga i czy potencjalni kandydaci spodobają się samotnej staruszce? Przekonajcie się sami!

Jagoda Rychter


 
zilustrowała Liisa Kallio




S. Peltoniemi, Koci taksówkarz, ilustr. Liisa Kallio, wyd. Wilga, Warszawa 2013

"Królowa ptaków" Zofii Beszczyńskiej

Wśród najlepszych książek dziecięcych 2015 roku, wyróżnionych przez Polską Sekcję IBBY, znalazła się liryczna opowieść Zofii Beszczyńskiej pt. Królowa ptaków. Ta niewielka książeczka w pierwszej kolejności przyciąga uwagę baśniową okładką, na której widnieją postacie ludzi-ptaków, przeniesionych z balu maskowego w głąb onirycznego lasu. Niewątpliwie wspaniałe ilustracje Aleksandry Kucharskiej-Cybuch potęgują atmosferę tajemniczego niepokoju, która udziela się w trakcie pierwszej lektury.

Beszczyńska snuje opowieść na dwa głosy, zaglądając na przemian do dusz czternastoletniego Marka i jego rówieśniczki Marty. Dwoje zupełnie obcych sobie nastolatków łączy podobne doświadczenie co powoduje, że akcja utworu nie toczy się dwutorowo, lecz prowadzi bohaterów tą samą ścieżką w głąb szmaragdowego lasu, którego granice wyznaczają ściany z różowego blasku, a wnętrze wypełnia harmider ptasiego i dziecięcego gwaru. Nad wszystkim zaś czuwa Królowa Ptaków o twarzy bielszej od księżyca w pełni i włosach z ptasich piór, poruszających się niczym struny nieznanego instrumentu. Książka wypełnia ptasi trel, który fascynuje zagubionych nastolatków, zmagających się na co dzień z rutyną i nieznośnym ciężarem ciszy. Gwar, który słychać z ptasiego gniazda, zastępuje im brak komunikacji z rodzicami, dla których moment rytualnego wyjścia z bezpiecznej krainy dzieciństwa jest równoznaczny z podarowaniem im symbolicznych skrzydeł, niestety pozbawionych instrukcji obsługi. Trzynastoletnia Marta, której nieustannie przypomina się o konieczności podejmowania dojrzałych decyzji, nie potrafi poradzić sobie w nowej sytuacji. Podarowane skrzydła okazują się bezużyteczne, bo ciężar jaki spoczywa na jej barkach nie pozwala na swobodny lot ku dorosłości. Niczym drobna, wystraszona przepiórka zmaga się z cieniem pokracznego kondora, w którym widzi swojego ojczyma. To właśnie on funduje jej przyspieszony kurs latania w smętnej dziurze, z dala od rodzinnego domu. W nowej szkole czuje się jak wrona wśród konwencjonalnych srok i tak postrzega ją Marek podczas pierwszego spotkania. Zagubiona nastolatka broni swojego wewnętrznego świata niczym drapieżny ptak, mający pod opieką bezbronne pisklęta. Jej osobisty szkicownik wypełniony po brzegi potwornymi hybrydami to uosobienie jej najskrytszych lęków, którymi karmi swą wyobraźnię i których zaczyna się obawiać, gdy zaczynają przybierać realnych kształtów. Gdybym mogła wybierać - myśli Marta - żyłabym w świecie, gdzie nic nie jest ustalone i jasne raz na zawsze. Gdzie ludzie mogą być ptakami, a ptaki ludźmi... i zawsze wszystko można zmienić.


Profesor Grzegorz Leszczyński określił utwór Beszczyńskiej jako liryczne, pastelowe haiku prozą i jest to jak najbardziej trafne określenie, gdyż utwór nie pozwala na jakąkolwiek konkretną interpretację, pozostawiając czytelnikowi jedynie ulotne i mgliste odczucie tego, co autor miał na myśli. Tym samym zachęcam do własnych refleksji i życzę miłej lektury.


Jagoda Rychter



Z. Beszczyńska, Królowa ptaków, ilustr. Aleksandra Kucharska-Cybuch, wyd. Akapit Press, Łódź 2014

Więcej wyobraźni!

Czy zastanawialiście się kiedyś, do czego służy wyobraźnia? W jaki sposób ją uruchomić i jak z niej korzystać, by zasłużyć na miano kreatora? Czy nadużywanie wyobraźni może być źródłem nieszczęść? I czy niewykorzystywana może utracić swoją wielką moc? Zapraszamy do Akademii Edyty Łaszkiewicz, w której sześcioro adeptów podejmie się wykonania kreatywnych zadań, będących jednocześnie przepustką do tajemniczego świata wyobraźni. Próby, którym poddane zostają dzieci, zaowocują pokonaniem trzech głównych przeszkód w postaci braku wiary w siebie, lęku i nieumiejętności skoncentrowania uwagi na wykonywanej czynności. Zapanowanie nad nimi wyzwoli w dzieciach niespożyte pokłady wyobraźni, która pozwoli im na realizację ukrytych marzeń i pragnień. Dzięki kreatywnym zajęciom z Dakotą dzieci uczą się nazywać swoje uczucia, które nabierają realnych kształtów, poprzez plastyczną bądź muzyczną interpretację. Okazuje się, że dobór właściwych nut, kolorów czy składników na ciasto, zależy w dużej mierze od umiejętności odczuwania własnych emocji, za którymi często kryją się też konkretni ludzie, sytuacje, miejsca... Należy jedynie pamiętać, że nikt nie ma prawa używać siły wyobraźni do kreowania świata innej osoby i nikt nie powinien wyobrażać sobie siebie na miejscu kogoś innego. Jeśli jesteście ciekawi, jak zmieniała się Akademia pod wpływem twórczych mocy jej adeptów, zachęcam do lektury!

Jagoda Rychter




Edyta Łaszkiewicz, Akademia wyobraźni, wyd. Skrzat, Kraków 2013

"Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek" Pawła Beręsewicza

Wiosna. Po długiej i męczącej zimie nareszcie coś się ruszyło i już od paru tygodni przyroda zawzięcie nadrabia zaległości. Drzewa zielenią się na wyścigi, w szaleńczym tempie wypuszczają pąki, a z pąków jak na wiwat wystrzelają wiosenne kwiaty. Nad szkolnym boiskiem z głośnym gęganiem przelatują dzikie gęsi, a na dachu stodoły dziadka Cichego siedzi już podobno bocian. Krew w żyłach i myśli w głowie płyną jakby szybciej i jeżeli ktoś w ogóle ma do załatwienia jakieś sprawy związane z zakochiwaniem, to lepszego momentu nie znajdzie.

Budząca się do życia przyroda w czasie wiosennego przesilenia to z pewnością idealny czas na zakochanie. Wiedzą o tym poeci, których tomiki na przełomie marca i kwietnia niespodziewanie znikają z bibliotecznych półek i wie o tym Jacek Karaś, rezolutny uczeń szkoły podstawowej. Kolejny rok męczarni, który zwiastuje pierwszy wrześniowy dzwonek zapowiada również nowy etap w życiu młodego chłopca. Na szczęście Jacek  zawsze jest przygotowany na różne ewentualności, w tym na ewentualność "zakochania się", dlatego pojawienie się nowej uczennicy w klasie tylko wyostrza rozbudzone wiosennym słońcem zmysły Karasia.


Misternie ukuty plan zakochania Kaśki Kwiatek rozpoczyna kilkutygodniowa obserwacja obiektu westchnień, którą Karaś przeprowadza, zachowując elementarne zasady konspiracji. Młoda ofiara strzały Kupidyna opracowuje więc metodę zwaną "czytaniem pozorowanym", która pod przykrywką uważnej lektury pozwala na dokładną analizę pilnej uczennicy. Bolesne skutki długotrwałego zezowania nie zniechęcają Jacka do powziętego planu, lecz tylko motywują go do budowania dalszej strategii, rozbudzającej uczucie w Kaśce. I żeby była jasność, nie chodzi tu o startowanie, umizgiwanie się, smalenie cholewek czy sadzenie koperczaków! Sprawa jest poważna i wymaga rzetelnej analizy własnych wad i zalet, które w ostatecznym rozrachunku przechylają szalę na korzyść zatroskanego bohatera. Niestety zakochanie z rozsądkiem ma niewiele wspólnego i często wyobraźnia podpowiada wymyślne scenariusze, jak wizję bohaterskiego ratowania wybranki serca z nagłego pożaru, czy tortur, którym mieliby być poddani ewentualni konkurenci Jacka. A tych, jak na złość, nie brakuje...


Czy natura Kaśki Kwiatek okaże się "zakochiwalna" i ile jest w stanie wytrzymać umysł chłopca w stanie upojenia miłosnego? I czy może istnieć życie po Kaśce Kwiatek? Zapraszam do lektury!

Jagoda Rychter

Paweł Beręsewicz, Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek, ilustr. Suren Vardanian, wyd. Skrzat, Kraków 2005

"Moja mama Gorylica" Fridy Nilsson

Główną zasadą wydawnictwa Zakamarki jest publikowanie książek z wartościową treścią, dopracowanym językiem i dobrą, niesztampową ilustracją. Taka właśnie jest książka Fridy Nilsson, szwedzkiej pisarki młodego pokolenia, która tym razem na warsztat bierze trudny temat adopcji. "Moja mama Gorylica" w ciepły i dość absurdalny sposób opisuje historię Jonny - wychowanki domu dziecka "Czysty Kąt", prowadzonego przez surową i bezlitosną Gerd, której największą ambicją jest utrzymanie przybytku w sterylnych warunkach, okupionych morderczą pracą podopiecznych. Zmuszanie dzieci do fizycznej pracy, nieustanna kontrola i publiczne wytykanie wad i błędów, tylko potęgują marzenia porzuconych dzieci o prawdziwym domu i troskliwych rodzicach:

Za każdym razem, gdy pod dom zajeżdżał samochód, od razu oblepiały go wszystkie dzieci. Przepychały się i torowały sobie drogę łokciami, byle tylko pierwszym dobiec do samochodu, pokazać się gościom i może wreszcie się stąd wynieść. Tak bardzo tęskniliśmy! Tęskniliśmy za prawdziwym domem, prawdziwą mamą, taką z pięknymi włosami spiętymi w kok, roztaczającą wokół siebie zapach perfum. Mamą, która martwiłaby się stłuczonymi kolanami, mówiła "oj, ty moje biedactwo" i od razu przynosiła plaster. I za tatą w wypastowanych butach, który od razu biegłby kupić komiks dla swojego chorego na grypę dziecka. 

Nieustannie "wyświnione łapska" Jonny niespodziewanie stają się furtką do nowego świata, do którego zabiera dziewczynkę Gorylica. Wizerunek nowej opiekunki okazuje się daleki od wymarzonego obrazu przyszłej mamy, który towarzyszył Jonnie w chwilach największego smutku. Profesja, którą zajmuje się właścicielka złomowiska też pozostawia wiele do życzenia, tym bardziej, że sprzedaż rzeczy wyrzucanych na śmietnik odbywa się na nieuczciwych względem klienta zasadach. Wysoka na dwa metry i gruba jak beczka Gorylica okazuje się jednak istotą o wielkim sercu, a jej zapyziałe mieszkanie w starej, opuszczonej fabryce to najprzytulniejszy kąt, w którym Jonna poznaje uroki szczęśliwego życia wedle zasady No panic on Titanic: 

Wieczory robiły się coraz ciemniejsze i zimniejsze, ale w domu było przytulnie i ciepło. Czarna sierść Gorylicy poprzyczepiała się do mojego koca, tego w piernikowe serca. Na stoliku nocnym stał mój obtłuczony mikołaj i było mu tam bardzo dobrze. Szczoteczka do zębów leżała w szufladzie, od dawna nieużywana. Włosy miałam coraz bardziej rozczochrane, a moje dżinsy były z każdym dniem coraz brudniejsze. Tak naprawdę nie wyobrażałam sobie, że można tęsknić za czymś innym. Kto marnowałby czas na wietrzenie pościeli i mycie, kiedy w życiu było tyle ważniejszych spraw? Na przykład jazda na rowerze. Albo czytanie książek. Albo zbijanie majątku na złomowisku. Albo siedzenie u Gorylicy na kolanach w ciemne wieczory pod koniec września, jedzenie kanapek z jajkiem sadzonym i słuchanie, jak deszcz uderza o szyby w suficie, wiatr świszcze w ścianach, a ogień trzaska w piecu. 


ilustr. Lotta Geffenblad

 



Powrót do białych ścian, wypucowanych okien i gładko przyczesanych dzieci byłby dla Jonny największym koszmarem. U Gorylicy czuje się bezpiecznie, a dom, w którym mieszka wypełnia miłość, wzajemny szacunek i zrozumienie. Nawet czystość, którą czasami udaje się osiągnąć wspólnymi siłami jest inna niż w domu dziecka, bo niewymuszona pokrzykiwaniem i łajaniem Gerd. Spokojny i niespieszny rytm życia Jonny i jej mamy próbuje zniszczyć Tord Fjordmark - członek rady gminy, który w imię zasady "po trupach do celu" próbuje pozbawić  świeżo upieczoną mamę, zarówno domu, jak i dziecka. Na pewno domyślacie się, że miłośniczka  Olivera Twista tak łatwo nie pozwoli zburzyć wspólnie wypracowanego szczęścia. Jeśli jesteście ciekawi, jak zakończyła się ta piękna, choć kontrowersyjna historia, zapraszam do lektury!


Jagoda Rychter






Frida Nilsson, Moja mama Gorylica, ilust. Lotta Geffenblad, tłum. Agnieszka Stróżyk, wyd. Zakamarki, Poznań 2014. 

"Piaskowe medytacje" Åsy Lind

Minęło już prawie dziesięć lat odkąd Piaskowy wilk Åsy Lind został przetłumaczony z języka szwedzkiego, zyskując jednocześnie swoich wiernych fanów wśród polskich dzieci. Nie jest to jednak książka przeznaczona wyłącznie dla młodych czytelników, o czym świadczą  liczne pochlebne recenzje dorosłych blogerów książkowych, oczarowanych historią Karusi. Myślę, że jest to jedna z tych książek, z którymi człowiek dojrzewa i z której może czerpać garściami w każdym momencie swojego życia.



Karusia jest nad wyraz ruchliwym i ciekawym świata dzieckiem, próbującym rozwiązać liczne zagadki otaczającego świata. Pomaga jej w tym Piaskowy wilk, który pewnego dnia wynurza się z piaszczystej plaży, przy której mieszka dziewczynka wraz ze swoimi rodzicami. Dorośli, zajęci codziennymi sprawami, nie zawsze znajdują czas na mierzenie się z nurtującymi pytaniami ich dziecka. Sprzymierzeńcem Karusi staje się "nieziemsko mądry" zwierz, który między liczeniem kropel deszczu a polowaniem na księżycowy blask spędza swój czas na rozmowach z dziewczynką. Spiczastouchy wilk, odkrywa przed uważną słuchaczką prawa, którymi rządzi się niezrozumiały dla niej świat dorosłych. Od wilka Karusia dowiaduje się między innymi, że "przyklejony" do gazety tata padł ofiarą hipnotyzującej mocy liter, a przybywające z dnia na dzień siniaki są w rzeczywistości medalami za odwagę. Dziewczynka kontaktuje się z wilkiem zawsze wtedy, gdy nie może liczyć na uwagę rodziców, czuje się przez nich zlekceważona, bądź ma poczucie niewyczerpania jakiegoś tematu. Wzajemne zrozumienie zwykle uniemożliwia kurczowe trzymanie się swojej perspektywy, o czym często zapominają rodzice Karusi, patrząc na swoje dziecko tylko i wyłącznie oczami dorosłego:


"(...) - Łatwo im mówić! Są dorośli i już zapomnieli! (...) Że jak się rośnie, to w całym ciele wierzga coś i bryka bez opamiętania. Jak popopopopcorn! (...) Ty to wiesz i ja, i każda najmniejsza żabka. Ale dorośli, oni już nie rosną i zapomnieli, jakie to uczucie! (...) Nie usiedzi człowiek mały jak dorosły skamieniały. Rośnie rano, rośnie w nocy, strzela w górę jak z procy. A nogi sobie wierzgają i wierzgać nie przestają!". 

Te różnice w patrzeniu na świat w mig wychwytuje prastary wilk, tłumacząc Karusi niezrozumiałe dla niej zachowania rodziców. Na szczęście dorośli z książki Åsy Lind szybko się uczą i stać ich na to by w porę "pochylić się" nad własnym dzieckiem. W końcu zrozumieją, że mówienie bez zastanowienia "nie", to często przypadkowy zakaz, który może zadać dziecku wiele bólu, jak w przypadku Karusi, rwącej się do pomocy przy domowych obowiązkach. To samo dotyczy marudzenia, o które jest często oskarżana dziewczynka, choć w rzeczywistości powtarzanie tego samego komunikatu wynika zwykle z nieumiejętności słuchania lub braku uwagi rozmówcy. Interesujący jest również fragment, w którym Karusia ma dać popisowy numer w trakcie niezapowiedzianej wizyty gości. Wstyd przed publicznym wystąpieniem to przecież nie tylko przypadłość dziecka - wystarczy odwrócić rolę i poczuć te same emocje, które tak często dorośli wytykają swoimi palcami.
Dużo w tej książce korczakowskich mądrości, o których często zapominamy, dając upust własnym słabościom. Warto o nich pamiętać i praktykować w codziennym życiu, choć jak przypomina Janusz Korczak - rzecz to niezwykle trudna:

"Powiadacie:
- Nuży nas obcowanie z dziećmi. 
Macie słuszność.
Mówicie:
- Bo musimy się zniżać do ich pojęć.
Zniżać, pochylać, naginać, kurczyć.
Mylicie się.
Nie to nas męczy.
Ale - że musimy się wspinać do ich uczuć.
Wspinać, wyciągać, na palcach stawać, sięgać.
Żeby nie urazić".
(Janusz Korczak, Kiedy znów będę mały)

Oby więcej takich książek na polskim rynku wydawniczym. Serdecznie polecam.

Jagoda Rychter


Åsa Lind, Piaskowy wilk, ilust. Kristina Digman, tłum. Agnieszka Stróżyk, wyd. Zakamarki, Poznań 2007.

Bo pamiętnik jest po to, żeby nie zapominać...

Gdy we wspomnieniach przywołujemy postać Janusza Korczaka, najczęstszym obrazem, który wówczas staje nam przed oczami jest jego ostatni marsz na Umschlagplatz, będący jednocześnie aktem nadludzkiego poświęcenia i heroizmu. Zdaniem Henryka Grynberga "Nasze rocznicowe zachwyty nad bohaterską śmiercią Starego Doktora, który nie chciał ratować swego życia i pojechał wraz z dziećmi do Treblinki są w gruncie rzeczy zniewagą dla tego człowieka i uwłaczają jego pamięci" (H. Grynberg, Duch ludzki jako sierota, w: tegoż, Prawda nieartystyczna, Czeladź 1990, s. 123). W podobnym tonie wypowiada się Iwona Chmielewska, autorka Pamiętnika Blumki, który w 2011 roku ukazał się nakładem wydawnictwa Media Rodzina. Autorka swoją pracę nad książką rozpoczęła od wnikliwej lektury Pamiętników Korczaka oraz książek mu poświęconych, by dojść do wniosku, że Korczak nie życzyłby sobie kolejnej książki o ostatnich miesiącach jego życia. Dzięki temu powstała książka niezwykła, która w swej prostocie i oryginalnej formie ukazuje to, co udało się Korczakowi zbudować, a nie to, co mu na koniec odebrano.



ilustr. Iwona Chmielewska



Przywołując postać słynnego pedagoga, Chmielewska sięgnęła po formę najwyższą, czyli picture-booka, którego odbiór wymaga od czytelnika lektury uważnej, nieśpiesznej, medytacyjnej. Tu kluczową rolę odgrywa relacja między tekstem a obrazem, które są "zszyte bezszwowo" i wzajemnie się uzupełniają. To, czego na pierwszy rzut oka nie znajdziemy w obrazie, jest ukryte w tekście, zaś to, czego nie znajdziemy w tekście, często odnajdziemy w towarzyszącym mu obrazie. Stosowana przez Chmielewską oszczędność środków wyrazu i wzruszająca prostota, odkrywa przed czytelnikiem również treści, których nie ma ani w obrazie, ani w tekście. Na tym polega magia tych książek, które we wszechobecnej kulturze nadmiaru i powszechnym zalewie tandety zasługują na miano wyjątkowych i niebanalnych.

Korczakowski "kodeks wychowania" poznajemy dzięki Blumce, jednej z wychowanek Domu Sierot, która prowadzi pamiętnik, wzbogacony zdjęciami. Na pierwszej fotografii patrzy na nas dwanaścioro dzieci wraz z Panem Doktorem, którym poświęcone są kolejne karty pamiętnika. Na samym początku poznajemy Zygmusia, nieustannie głodnego chłopca, który polubił nawet tran. Nieco dalej pięcioletni Kocyk pomaga przy rozładunku węgla, używając do tego swojego nocnika, który Chmielewska skrzętnie ukryła pod małym łóżeczkiem. Piękne szufladki to dzieło Abramka, najzręczniejszego stolarza, zakochanego w Hannie. Papierowy samolot symbolizuje zaś niezapomnianą wycieczkę samolotem, którą Staś otrzymał w nagrodę za dobre sprawowanie i uznanie ze strony rówieśników. To tylko niektóre sylwetki zapamiętanych dzieci. Z tej prostej, dziecinnej narracji wyłania się obraz doktora, który swoich podopiecznych traktuje z szacunkiem, uważnie ich słucha, uczy wyrozumiałości i umiejętności przebaczania. Wychowankowie sierocińca przeglądają się w sobie jak w zwierciadle i wspólnie rozpatrują popełniane na co dzień błędy. Korczakowski porządek, który zapanował na Krochmalnej jest wynikiem troski doktora o świat, o człowieka, a zwłaszcza tego małego, bezbronnego, najbardziej podatnego na zło ówczesnego świata.


ilustr. Iwona Chmielewska


Jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia brakiem, dlatego Chmielewska, która przeciwstawia się tej tendencji, historię o Korczaku kończy na Umschlagplatz. Symbol pędzącej lokomotywy, który widnieje na przedostatniej stronie książki, jest zapowiedzią nadchodzącej tragedii, o której należy pamiętać, lecz która nie powinna przysłaniać tego, nad czym Korczak pracował całe życie.


Iwona Chmielewska, Pamiętnik Blumki, wyd. Media Rodzina, Poznań 2011.

W recenzji zawarłam odniesienia do wywiadu z Iwoną Chmielewską, przeprowadzonego przez Agnieszkę Sowińską:


Jagoda Rychter

"Kot kameleon" Joanny Wachowiak

Jak przeżyć kilka dni na wsi bez zabawek, telewizora, konsoli i bez towarzystwa rówieśników? Z takim pytaniem musi zmierzyć się Natalia, której rodzice zafundowali kilkudniowy pobyt u dość ekscentrycznej babci Anieli. Z pozoru pozbawione jakichkolwiek atrakcji miejsce otwiera przed dziewczynką wrota do nieznanej krainy, w której wszystko okazuje się być możliwe...

Dom babci Anieli z zewnątrz "ubrany w puchaty, zielony sweter" kryje w środku wiele tajemnic. Uginające się pod ciężarem kolorowych mikstur półki, zapach ziół i obecność czarnego kota sprawiają, że dom przypomina wyglądem chatę czarownicy. Zwłaszcza jak ten nietypowy obraz dopełni postać żwawej staruszki, pochylonej nad bulgoczącym kotłem pełnym aromatycznych płynów. Furtką do nieznanego dotąd świata okazuje się być przesiąknięty zapachem suszonych ziół strych, gdzie Natalia przenosi się do czasów młodości swojej mamy. Oprócz starych fotografii i dziwnych kapeluszy ta skarbnica przeszłości kryje w sobie coś jeszcze. Magiczny przedmiot, dzięki któremu dziewczynka  odkrywa w sobie największy dar - wyobraźnię. Dzięki kolorowym szkiełkom, które uchowały się z witrażowej lampy, Natalia widzi to, co chce zobaczyć. Za sprawą niebieskiego szkiełka, pola otaczające dom babci, zmieniają się w atramentowe morze, a niedokończony budynek w zielony od glonów wrak statku. Czerwone szkiełko zalewa obraz gorącą lawą, zielone wywołuje tłustego smoka, a żółte pracowite pszczoły. Jednak nie wszyscy potrafią korzystać z magicznej mocy fantazyjnych szkiełek, które są tylko pretekstem do uruchomienia wyobraźni, bez której oglądane przedmioty i miejsca zmieniają jedynie swój kolor.

W książce Kot Kameleon Joanny Wachowiak kobiety mają magiczną moc, wierzą w cuda, dają siłę, nadzieję i zarażają wiarą.  Wiedźmom i szeptuchom towarzyszą koty, potrzebujące niezwykłych miejsc i niezwykłych ludzi wokół siebie. Nic dziwnego, że gadający kot wybiera sobie na swoją opiekunkę Natalię. Dlaczego? Bo koty kochają ludzi z wyobraźnią!
Książka znalazła się wśród dziesięciu książek nominowanych do nagrody IBBY 2014.

Jagoda Rychter


Joanna Wachowiak, Kot kameleon, ilustr. Emilia Dziubak, wyd. Bis, Warszawa 2014






"Opowieści ciotki sroki" Liliany Bardijewskiej

Sroki, jak wszystkie ptaki krukowate, to stworzenia niezwykle inteligentne, zaradne i spostrzegawcze. Taka jest tytułowa Ciotka, zamieszkująca królestwo Euzebiusza XXIV, który dba o ład w państwie i niezmącony spokój swojej ukochanej córeczki Julianki. Każdy apel władcy stawia na baczność rośliny i zwierzęta, rywalizujące ze sobą o status królewskiego ulubieńca i możliwość zamieszkania w pałacu. Prym wiedzie odważna i wygadana sroka, która błyskawicznie interweniuje, gdy pogoda wariuje, negatywnie wpływając na samopoczucie wrażliwej królewny.

W pierwszej  opowieści postanawia rozprawić się z zapominalską wiosną, której nie raz zdarzyło się obsypać kwiaty śniegiem czy sprowadzić bociana z ciepłych krajów na nocne przymrozki. Rzucanie słów na wiatr to także domena roztrzepanej wiosny, o czym świadczą obiecane gruszki na wierzbie, które pewnego dnia pojawiają się na drzewie, wprawiając w konsternację całe królestwo. Również zima daje się królewnie we znaki i jest kolejną okazją do wykazania się lokalnemu ptactwu. Powiedzenie "wybierać się jak sójka za morze" nabiera realnych kształtów, o czym świadczą wszystkie walizy, kufry, kuferki, torby, saszetki, rulony i torby, które okazują się niezbędne w podróży do bociana. Swoim zmysłem organizacyjnym błyszczy sroka, organizując letnią ekspedycję, by powstrzymać uciążliwy upał i sprowadzić na ziemię upragniony deszcz. Morderczy wyścig ku słońcu kończy się sukcesem, mimo, że podniebny mikroklimat daje się sroce i jej towarzyszom wyraźnie we znaki. 
Król Euzebiusz XXIV dba również o rozrywkę swoich dzielnych mieszkańców, organizując m.in. konkurs na najpiękniejsze jajo. Przy braku ściśle określonych kryteriów trudno o zwycięzcę, zwłaszcza gdy wśród nominowanych jaj niespodziewanie pojawia się kolorowa pisanka.



To tylko niektóre z historii opowiedzianych przez Ciotkę Srokę, której nie można odmówić ciętego języka, temperamentu i błyskotliwości. I choć los jej nie sprzyja, a z jej odwagi  korzysta cały "podszyty tchórzem las", to jednego jej nie można odmówić - sztuki opowiadania pięknych historii, które dzieci słuchają z zapartym tchem. Opowieści Liliany Bardijewskiej zachwycają pięknym językiem, który wręcz domaga się głośnego czytania. Autorka bawi się słowem, maksymalnie wykorzystuje potencjał języka, czyniąc tekst zaskakującym i zabawnym. I to jest ogromny atut tej książki. 


Serdecznie polecam,


Jagoda Rychter


Liliana Bardijewska, Moja Ciotka Sroka, ilustr. Aleksandra Kucharska-Cybuch, wyd. Bis, Warszawa 2009. 

Jak przeklinać? Poradnik Michała Rusinka

O terapeutycznej funkcji przekleństw wiedzą nie tylko językoznawcy, ale wszyscy ci, którzy używają ich w sytuacjach szczególnego rozdrażnienia i zdenerwowania. To one przynoszą natychmiastową ulgę, działając jak kojący plaster na palące od wściekłości nerwy. Taka doraźna pomoc na wyciągnięcie języka jest zawsze w cenie i trudno z niej zrezygnować. Problem zaczyna się wtedy, gdy przekleństw używamy zbyt często i nie zawsze, gdy istnieje ku temu potrzeba. Sięganie po najbardziej paskudne epitety może wywołać sprzeciw przypadkowych słuchaczy, często nie zainteresowanych naszymi odmiennymi stanami emocjonalnymi. Czy istnieje zatem jakiś savoir-vivre przeklinania? I jak oduczyć używania brzydkich słów dzieci - najbardziej chłonnych słuchaczy? A co powiecie na alternatywne przekleństwa Michała Rusinka? Oto przykład:

Kiedy się zerwiesz rano z łóżka
i przez przypadek lewa nóżka
wsunie ci się w pantofel prawy,
a prawa w lewy, też ciasnawy,
ty, drepcząc żwawo do łazienki,
omal nie złamiesz sobie szczęki
gdy potkniesz się o próg i głową
wyrżniesz wprost w muszlę klozetową,
a wtedy deska jęknie głucho
i ci przytrzaśnie nos lub ucho,
wtedy powietrza nabierz w płuca
i zaklnij sobie: KOMBA BRUCA!

Przekleństwa są potrzebne w każdym języku, ale trzeba się z nimi obchodzić ostrożnie. Tak twierdzi prof. Jerzy Bralczyk, któremu "rusinkowe przekleństwa" również przypadły do gustu:

 


"Przeklinać mogę właściwie tylko sam do siebie, żeby rozładować napięcie, a wtedy nie muszę głośno. Kiedy trudno być cicho, mogę tak przekląć, żeby siłę złości skierować tam, gdzie się przyda. Choćby do rozbawienia. Mało rzeczy daje tyle uciechy, co dobrze użyty język. Przekląć smacznie, zachować z przekleństwa to, co najlepsze - mało kto potrafi. Stare wciórności i kroćsety bywają przydatne, ale na krótko. Można stosować świeże i zabawne rusinki lub odkryć w sobie talent wymyślania osobnych słów na każde denerwujące zdarzenie. Ważne, żeby język był po mojej stronie i żeby słowa mnie słuchały. Wtedy i ja ich z przyjemnością słucham" (prof. Jerzy Bralczyk).









Wraz z Jerzym Bralczykiem i Michałem Rusinkiem zachęcam do zabawy językiem i odkrywania jego nieograniczonych możliwości. Zamiast przeklinać - zaklinajcie rzeczywistość i bawcie się słowami jak fakir wężami! Na koniec coś na czasie:

Przychodzi lato, czas wakacji,
więc z lotnisk, portów, dworców, stacji,
pociągiem, statkiem, samolotem,
ruszamy. I już wkrótce potem
po plaży wszerz i wzdłuż biegniemy!
Gdy biegnąc, piaskiem obsypiemy
pana, co strasznie nas ochrzani,
to chcąc się za to zemścić na nim,
dół wykopiemy mu na drodze,
by wpadł i się zapiaszczył srodze.
Gdy los w ten dół nas wepchnie z hukiem,
leżąc na dnie, wrzaśnijmy: BRUKIEW!

Jagoda Rychter



Michał Rusinek, Jak przeklinać. Poradnik dla dzieci, ilustr. J. Olech, M. Ignerska, wyd. Znak, Kraków 2008.

Niezwykły portret taty




Wśród kilkudziesięciu tytułów, wydawanych rocznie przez wydawnictwo Dwie Siostry, oprócz klasyki polskiej literatury dziecięcej i nowatorskich debiutów, znajdziemy również zagraniczne perełki, zachwycające, zarówno pod względem treści, jak i ilustracji. I tak, dzięki Jadwidze Jędryas, tłumaczce języka niderlandzkiego, do rąk polskich czytelników trafiły książki  Toona Tellegena, na co dzień mieszkającego w Amsterdamie i słynącego ze swoich zabawnych i filozoficznych opowieści o zwierzętach ("Nie każdy umiał się przewrócić", "Urodziny prawie wszystkich"). Tym razem polscy czytelnicy otrzymują książkę niełatwą, trudną w jednoznacznej ocenie i skłaniającą do refleksji. 







"Tata" to zbiór czterdziestu dwóch krótkich, filozoficznych historyjek, których narratorem jest mały chłopiec Józef. Ta dziecięca, wzruszająco naiwna i szczera narracja buduje portret ojca, który jest wszechobecny, wszechpotężny i wszechwiedzący. Józef dokładnie pamięta moment, w którym widzi ojca po raz pierwszy - podskakującą, czarną kropkę z głową, nogami i ramionami, z których wysokości widać cały świat. Jako najpotężniejszy człowiek na świecie widzi wszystko i wszystkich, słyszy nawet najdrobniejszy szept, mimo, że do jego ucha prowadzi bardzo daleka droga. Jest tak wysoki, że nie pamięta, jak wyglądają jego stopy, a wielką głowę wypełniają bardzo wielkie myśli. Dla zabawy potrafi skurczyć się do rozmiaru syna, z którym czasem zamienia się rolami. Bywa też niewidzialny, bo nawet gdy go fizycznie nie ma, chłopiec wyraźnie czuje jego obecność. Tata Józefa pojawia się zawsze wtedy, gdy syn czuje niepokój lub strach. W momentach kryzysowych potrafi gasić pożary, przeganiać nocne zjawy i koszmary, powstrzymywać powodzie i wojny. Zna wszystkich - każdego komara, każdą muchę, każdą krowę i każdego szpaka. Rozumie potrzeby zwierząt, dlatego pewnego dnia uwalnia słonia z ZOO i odbywa z nim podróż samolotem do Afryki. Tata Józefa ma tyle zdolności i umiejętności, że spokojnie można by go podzielić przez sto. Gdy się złości - staje w ogniu, a z jego oczu sypią się iskry. Kiedy się weseli - tańczy, a wraz z nim tańczy cała ulica, obrazy na ścianach trzęsą się ze śmiechu i czasem niektóre spadają. I nawet gdy zachowuje się bardzo zwyczajnie, dla małego Józefa nie jest zwyczajnym tatą:

Gdy mnie pytają: "Kim jest twój tata?", odpowiadam: "Mój tata jest bohaterem". 
"Bohaterem? - dziwią się. - Jakim tam bohaterem?". Bo myślą oczywiście o rycerzach w zbrojach, strzelcach wyborowych i ratownikach. Być może mój tata jest również nimi wszystkimi. 
Ale bohater to po prostu ktoś, kto jest bohaterski i kto dokonuje bohaterskich czynów.
Mój tata wytwarza też bohaterstwo i bohaterskie czyny.
Ale o tym nie rozpowiadam, bo ludzie uważają, że to dziwne. Kto potrafi wytwarzać bohaterskie czyny? Ale bohaterstwo? To nie do pomyślenia...
Mój tata potrafi. 

Kim właściwie jest tytułowy bohater? Jest przede wszystkim "tatą Józefa". To warunkuje jego istnienie, definiuje osobowość, nadaje życiu sens i inspiruje do podejmowania czynów wielkich, często na pozór niemożliwych. Relacja Józefa i jego ojca to pełen miłości, zaufania i bezgranicznego oddania mikrokosmos, odporny na wszelkie zagrożenia  i przeciwności losu. A może ten niezwykły portret ojca to tylko projekcja wyobraźni małego chłopca? Jest przecież w tej opowieści wiele tęsknoty, niepokoju i ukrytych lęków. Czy tata Józefa faktycznie istnieje? Dlaczego wielokrotnie znika z jego życia, pozwala by chłopiec go uporczywie szukał, a jego obecność to często jedynie wyczuwalna tajemnicza siła? Krótkie, przepełnione absurdem scenki bawią, wprawiają w zadumę, a dla dorosłych czytelników są powrotem do raju utraconego, w którym to rodzice zaklinali rzeczywistość, wyznaczali granice świata, ustalali hierarchie i porządek w otaczającym świecie.

Jagoda Rychter

Toon Tellegen, Tata, tłum. Jadwiga Jędryas, ilustr. Rotraut Susanne Berner, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2016.

"Książka wszystkich rzeczy" Guusa Kuijera




Literacka Nagroda Pamięci Astrid Lindgren (Astrid Lindgren Memorial Award), ustanowiona ku czci wybitej pisarki przez rząd szwedzki w 2002 roku, ma na celu propagowanie literatury dziecięcej i młodzieżowej na świecie i zwrócenie uwagi na poszanowanie praw dziecka na poziomie globalnym. Laureatem tej prestiżowej nagrody w 2012 roku został holenderski autor książek dla dzieci, młodzieży i dorosłych - Guus Kuijer, a jego przejmująca Książka wszystkich rzeczy została przetłumaczona przez Jadwigę Jędryas na język polski i dzięki wydawnictwu Dwie Siostry trafiła na polski rynek wydawniczy. 








Thomasa Kloppera poznajemy na początku opowieści jako dorosłego mężczyznę, który na podstawie swoich dziecięcych notatek, wraca do czasów, kiedy jako dziewięcioletni chłopiec musiał mierzyć się z fanatyzmem religijnym ojca. Stary Klopper, powołując się na słowo boże, wymusza na domownikach bezwzględne posłuszeństwo, stosując wobec nich przemoc fizyczną i psychiczną. Dla małego Thomasa liturgia jest abstrakcją, a przypowieści o plagach egipskich, tak chętnie czytane przez ojca, skutecznie oddalają chłopca od srogiego i gniewnego Stwórcy. Wszelkie wątpliwości i próby podważania słowa bożego są wybijane z młodego umysłu drewnianą warząchwią, którą ojciec Thomasa tak chętnie wymierza sprawiedliwość. Z każdym uderzeniem chłopiec traci resztki wiary w istnienie Boga, który choć wszechmocny, nie potrafi przeciwstawić się tyranii ojca. Chociaż ból, którego doświadcza na swojej skórze,  przecina skórę jak nóż, to przemoc wobec matki jest główną przyczyną rozpaczy Thomasa. Jego świat kurczy się do dźwięku klaśnięcia w policzek mamy, która stając często w obronie dzieci, jest regularnie bita przez męża. To właśnie wtedy chłopiec widzi, jak aniołowie w niebie zakrywają oczy skrzydłami, a ich chusteczki są tak mokre od łez, że nawet na pustyniach zaczyna padać. Jako głowa rodziny, Klopper jest przekonany, że jego obowiązkiem jest prowadzenie i kształtowanie żony i dzieci. Wszelkie próby sprzeciwu bożym przykazaniom nakładają na niego obowiązek egzekwowania bezwzględnego posłuszeństwa, nawet z użyciem siły. Jedyną prawdziwą księgą jest Pismo Święte, a te, które Thomas ma czytać w szkole, zostały napisane przez grzesznych ludzi, podobnych do "czarowników faraona". Prawdziwie naturalną i niewymuszoną przyjemność z czytania odkrywa chłopiec dzięki sąsiadce, z którą się zaprzyjaźnia, mimo zakazów ojca i jego oskarżeń o sympatyzowanie kobiety z komunistami i uprawianie czarów. To dzięki niej Thomas znajduje w sobie odwagę, by wyznać miłość swojej niepełnosprawnej koleżance, a niedługo potem zakłada klub miłośników czytania książek. Tym samym sprzeciwia się woli ojca, według którego tylko darmozjady i ciamajdy dążą do szczęścia i znajdują przyjemność w recytowaniu pustych wierszy. Przeciwstawienie się nakazom starego Kloppera ukazuje jego hipokryzję i tchórzostwo. W obliczu miłości i dobra ojciec jest przerażonym człowiekiem, który niczym "wystraszony dzieciak chowa się za szerokimi plecami Boga":

Tata obawiał się wesołości. a najbardziej lękał się drwin. Bał się, że ktoś mógłby powiedzieć, że człowiek pochodzi od małpy. Albo że ziemia jest o wiele starsza niż cztery tysiące lat. Albo że ktoś mógłby zapytać, skąd Noe wziął niedźwiedzie polarne. Albo że ktoś mógłby przekląć. Ojciec był śmiertelnie przerażonym człowiekiem (...). Nie potrafił. Nie śmiał przynależeć do innych. 

Jest to przejmująca, momentami dramatyczna, świetnie napisana opowieść, która trafi, zarówno do dziecięcych, jak i dorosłych serc. Nie sposób o niej zapomnieć i nie sposób do niej nie powrócić w późniejszym wieku.

Jagoda Rychter

Guus Kuijer, Książka wszystkich rzeczy, tłum. Jadwiga Jędryas, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2016.

niedziela, 29 stycznia 2017

"Sto nóg stonogi Fruzi" Agnieszki Horubały

ilustr. Zosia Dzierżawska



Buty są niezbędnikiem w garderobie, zarówno malucha, jak i osoby dorosłej. Od najmłodszych lat chronią stopy, pomagają w stawianiu pierwszych kroków i są ważnym dopełnieniem każdego stroju. Chociaż ich podstawowa funkcja nie zmienia się, wraz z upływem czasu kształtuje się  nasz stosunek do tego, co nosimy na stopach. To, jakie wybieramy buty, jest zależne nie tylko od naszych upodobań, ale także od tego, w jakich warunkach będziemy z nich korzystać. Te i inne czynniki są zwykle powodem gromadzenia różnego rodzaju kapci, pantofelków, balerinek, szpilek, mokasynów, sandałów, kaloszy i ciężkich traperów. Pękająca w szwach szafka na buty jest więc odzwierciedleniem naszego stylu życia, potrzeb oraz stosunku do tego, co jest aktualnie modne.








Imponującą kolekcję butów ma Fruzia, ale w przypadku bycia stonogą, fakt ten nie powinien nikogo dziwić. Dziurawe trampki i obdarte pantofelki nie nadają się jednak na wyprawę w góry, a zakup pięćdziesięciu par solidnych traperów, stanowi dla stonogi nie lada wyzwanie. Lokalne sklepy obuwnicze nie dysponują taką ilością identycznych butów, a szewc nie jest w stanie ich uszyć do wyjazdu Fruzi. Dzielna stonoga nie poddaje się i wyrusza do pobliskiego miasta, w którym mieści się słynna fabryka, słynąca z produkcji butów. Czy wyprawa zakończy się sukcesem? I co stanie się powodem, że Fruzia zostanie w obcym miasteczku na dłużej? Zachęcam do lektury!


Książka została wydana z dbałością o każdy szczegół, a jej ogromnym atutem są stylowe ilustracje Zosi Dzierżawskiej.

ilustr. Zosia Dzierżawska

Polecam serdecznie,

Jagoda Rychter

Agnieszka Horubała, Sto nóg stonogi Fruzi, ilustr. Zosia Dzierżawska, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2015.




Każdy dzień pachnie inaczej...

Wujek Rysiek mówi, że każdy dzień jakoś wygląda...

Ja nie wiem, co to znaczy, bo ja nie widzę. Mam zepsute oczy. Od zawsze. Taka się już urodziłam. Moje oczy są wyłączone jak pstryczek od światła - "pstryczek-elektryczek". Jak w wierszyku: "Jak tym pstryczkiem zrobisz pstryk, to się ciemno robi w mig". Ci, którzy mają włączony pstryczek, wiedzą, że każdy dzień jakoś wygląda. Ja nie. Ale moim zdaniem każdy dzień inaczej pachnie i dlatego z łatwością je rozpoznaję. 

Tak zaczyna się historia Konstancji, której tygodniowy dziennik jest wzruszającym świadectwem w pełni wartościowego odbioru świata za pomocą "czynnych" zmysłów. Dla dziewczynki każdy dzień pachnie inaczej. Niedzielę wypełnia aromat kawy, który poprzedza leniwe wylegiwanie się w łóżku z mamuliną. Mniej pożądanym zapachem w domu Konstancji jest zapach poniedziałkowego wstawania, no chyba, że jest to "lany poniedziałek", który pachnie niecierpliwym wyczekiwaniem na tradycyjne oblewanie wodą. Wtorek pachnie rybą, bezkresnym morzem i ręką taty, którego odwiedza w Gdańsku i który zabiera ją na koncert ulicznych grajków. Zapach nadchodzącego weekendu, tak wyraźnie wyczuwalny w środku tygodnia, może śmiało konkurować z zapachem papkowego ryżu, serwowanego co czwartek w szkolnej stołówce. Wyjątkowo pachnie tylko tłusty czwartek, który wypełnia woń cukru pudru, leśnych malin i dzikiej róży. A to wszystko dzięki najwspanialszym pączkom babci Flory. Był to bardzo słodki i lepki zapach, w który chciało się włożyć cały język. Jakby coś gęstego i ciężkiego, jak jakiś wielki koc, taki trochę kosmaty, pod którym chciałoby się przeleżeć cały dzień. Piątek Konstancji pachnie zimą, pociągiem i futerkiem z buta, do którego dziewczynka wsadza nos w poszukiwaniu mikołajkowego prezentu. Jednak najmilszy zapach, który wypełnia przestrzeń dziewczynki, związany jest z jej rodziną. To ona daje dziewczynce siłę, wsparcie i jest źródłem codziennych, zmysłowych doznań. Dzięki mamie i wujkowi Konstancja odkrywa magię słów, które rozciąga i dopasowuje jak plastelinę. Wówczas może swobodnie opowiadać o tym, czego nie widzi, odwołując się do własnych emocji. Słowa są zaczarowane i jeśli zamkniemy oczy i wsłuchamy się w dźwięki słów, to możemy poczuć zapachy, usłyszeć muzykę i zobaczyć kolory. Świat Konstancji nie jest jałowy i bezbarwny. To świat pełen prawdziwych doznań, cudownych zapachów i całej palety barw, ukrywającej się w słowach. A jaki zapach ma Wasz dzisiejszy dzień?

Jagoda Rychter
 Olga Masiuk, Tydzień Konstancji, ilustr. Ewa Stiasny, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2008.

"U nas w Ammerlo", czyli coś dla fanów "Dzieci z Bullerbyn"

Do Ammerlo prowadzi drewniany most zwodzony, który o pełnych godzinach podnosi się na potrzeby statków z wysokimi masztami. Wieś tworzą trzy ulice, a ich mieszkańcy wiedzą o sobie niemal wszystko. Monotonne życie nadmorskiej mikrospołeczności przyciąga turystów, których nie zniechęca do przyjazdu fakt, że słońce w Ammerlo zachodzi po niewłaściwej stronie, oświetlając brzydkie budynki mieszkalne i kpiąc sobie z przyjezdnych fotografów, wyczekujących romantycznych widoków nad morzem. Zajęci codziennym połowem i obróbką ryb mieszkańcy nie angażują się zanadto w "zabawy" dzieci, które aktywnie uczestniczą w życiu wsi, biorąc często sprawy dorosłych w swoje ręce. W tym wypadku prym wiedzie Luisa, zadziorna chłopczyca, która najbardziej lubi łazić po drzewach, a w swych przepastnych kieszeniach nosi warsztat z narzędziami. Cięty język dziewczyny, jej odwaga  i nieustanna gotowość do działania imponuje Lukasowi i Aikowi, z którymi najczęściej organizuje "tajne spotkania". Jako że drzewo stanowi idealny punkt obserwacyjny, Luisa jako pierwsza dostrzega we wsi "intruza", czyli dziewczynkę z miasta, która brzydzi się ryb, gardzi chodzeniem po drzewach, a na wszelkie próby zaczepki odpowiada niezmiennym "nie sądzę, żeby to była moja sprawa". Sytuacja zmienia się, gdy Mandy znajduje porzuconą łódź, czym "wkupuje się" w łaski Luisy i jej towarzyszy. Czy przyjaciołom uda się tchnąć w starą łajbę nowe życie? I co na te zuchwałe próby żeglarzy-amatorów powiedzą "Wielcy", starsi koledzy, którzy zawsze wiedzą lepiej i pojawiają się w chwilach najlepszej zabawy?

Niezwykle zabawna opowieść o beztroskim życiu na wsi, rodzącej się przyjaźni i dziecięcych marzeniach. Perypetie bohaterów Ammerlo przywodzą na myśl Bullerbyn, dlatego wielbiciele twórczości Lindgren odnajdą w książce Michaelis podobne emocje i z pewnością sięgną po kolejną część - "Lato w Ammerlo". 

Jagoda Rychter



Antonia Michaelis, U nas w Ammerlo, tłum. Izabella Korsak, ilustr. Julia Ginsbach, wyd. Egmont, Warszawa 2007.

"W pewnym teatrze lalek" Lidii Miś

Czy zastanawialiście się kiedyś jak wygląda teatr od kuchni? Co się dzieje, gdy zgasną światła, opadnie kurtyna, a po pękającej w szwach widowni zostanie tylko wspomnienie? Furtkę do tego magicznego świata uchyla Lidia Miś, autorka książki "W pewnym teatrze lalek", właścicielka i redaktor naczelna wydawnictwa Dreams.



Do grona aktorów teatru Kacperek dołącza porcelanowa lalka Perełka, stworzona przez samego mistrza Zenona, którego marionetki zdobyły sławę w najsłynniejszych teatrach w Europie, Azji i Ameryce Południowej. Każda lalka to indywiduum, obdarzona niepowtarzalnymi cechami i umiejętnościami. Wszystkie zaś łączy lęk przed wymianą, dlatego pojawienie się nowego, lepszego modelu wzbudza niepokój w porcelanowych sercach zgranego zespołu teatralnego. Perełka przyćmiewa urodą pozostałe lalki, ale jej gra aktorska pozostawia wiele do życzenia. Nowa gwiazda będzie musiała odegrać najważniejszą rolę życia, w trakcie której pozna siebie i emocje, które w niej drzemią. Najmłodsza lalka teatru Kacperek podbija dziecięce serca, choć droga do sławy wymaga nie lada poświęceń. Zwłaszcza gdy dopiero co nazwane emocje burzą spokój, tak potrzebny w czasie mozolnych prób do kolejnych spektakli. Perełka odkrywa tajniki gry aktorskiej, która w istocie jest grą na emocjach. Tym sposobem poznaje czym jest miłość, radość, wzruszenie, ale też fałsz, manipulacja i wyrachowanie. W starciu z zagraniczną sławą, bezwzględną Lorettą, przekonuje się, jak łatwo można zatracić siebie, gdy złość i nienawiść zaczyna dominować nad tym, co dobre i piękne. 




Książka Lidii Miś jest tak naprawdę metaforą życia, w którym nie wszystko toczy się zgodnie ze scenariuszem, a odgrywanie fałszywych ról i ukrywanie prawdziwych emocji jest dobre tylko na deskach teatru. Wielbiciele pięknie wydanych książek będą z pewnością zachwyceni szatą graficzną włoskiej artystki, Laury Aldofredi, która mimo że ma już na swoim koncie kilka nagród, to właśnie "W pewnym teatrze lalek" zadebiutowała jako ilustratorka.

ilustr. Laura Aldofredi

Jagoda Rychter

 Lidia Miś, W pewnym teatrze lalek, ilustr. Laura Aldofredi, wyd. Dreams, Rzeszów 2014.

"Pod szczęśliwą kocią gwiazdą" Grażyny Strumiłło-Miłosz

ilustr. Agata Krzyżanowska
"Chodzę w białej sukience, popielatosrebrzystym serdaczku, trochę ciemniejszych majteczkach i szarym bereciku ściągniętym na prawe oko. Jedno moje ucho jest czarne, drugie szare. Na różowym nosie mam czarną kropkę. Zawsze wszyscy się śmieją z moich oczu. Chyba nie można się temu dziwić. Wyobrażacie sobie kota z jednym okiem niebieskim, a drugim żółtym? (...) Ach, prawda, jeszcze nie wspomniałam o łapkach. Właściwie nie mam się czym chwalić, gdyż moje łapki są nieco krzywe. To chyba dlatego, że w dzieciństwie nie dostawałam żadnych witamin. Nie wspomniałam również o ogonie. To największa moja hańba. Zamiast długiej, puszystej kity, która jest największą ozdobą kota, mam tylko pół ogonka". 

Tak widzi siebie Fryga, bohaterka książki Pod szczęśliwą kocią gwiazdą Grażyny Strumiłło-Miłosz, wydanej w 2011 roku nakładem wydawnictwa Dreams. Już we wstępie autorka podkreśla, że nieprawdopodobne przygody kotki nie są wytworem jej wyobraźni, lecz mają swoje źródło w rzeczywistości. Ta nieprzeciętnej urody kotka przychodzi na świat wraz z dwójką rodzeństwa w piwnicy, gdzie pod czujnym okiem matki poznaje najbliższe otoczenie z perspektywy piwnicznego okienka. Od maleńkości gubi ją ciekawość, przez którą między innymi traci pół ogonka po starciu z kudłatym psem, zyskując nieprzychylne miano "straszydełka" i "kociego dziwoląga" wśród innych zwierząt. Z największych opresji ratuje ją matka, dzielna Szarusia, której szorstki, różowy język stanowi najlepsze antidotum na ból, głód i strach. Po nadejściu zimy i zabiciu okna deskami, Fryga, walcząc o życie, opuszcza cudem piwnicę i zostaje odnaleziona przez najmłodszą mieszkankę domu - Olę. Tym sposobem zaczyna nowe życie jako kot domowy, dzieląc swoje nowe terytorium ze starszą kocicą, Murką. Ich relacja przypomina perypetie Bonifacego i Filemona, z których ten ostatni jest lustrzanym odbiciem nadpobudliwej Frygi. Nic więc dziwnego, że ciekawska kotka wpada pewnego dnia do wypełnionej wodą wanny, zostaje zamknięta w pralce, a innym razem w rozgrzanym piekarniku. Fryga uwielbia przebywać w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach i o dziwo, zawsze wychodzi cało z chwilowych opresji. Stąd powiedzenie, że urodziła się "pod szczęśliwą kocią gwiazdą" i przeczucie, że "nie ma takiego drugiego kota na świecie".

Książka Strumiłło-Miłosz uczy wrażliwości i szacunku wobec zwierząt, zwłaszcza tych bezdomnych, porzuconych, skazanych wyłącznie na siebie. Rodzice Oli są wyrozumiali względem kocich psotów i stanowczo reagują na wszelkie objawy przemocy i krzywdy, z jakimi spotykają się ich podopieczni. Brutalna zabawa chłopców, której ofiarą pada Fryga, zostaje napiętnowana, a nieletni sprawcy odpowiednio ukarani. Jest to wzruszająca historia, która uczy odpowiedzialności i empatii względem słabszych i przypomina, że dobro procentuje, mimo że wymaga poświęceń.

Dodatkowym atutem książki są piękne ilustracje Agaty Krzyżanowskiej, powstałe przy użyciu piórka i akwareli. Polecam również stronę internetową ilustratorki, na której można podejrzeć jej inne projekty (http://agatakrzyzanowska.com/). 

ilustr. Agata Krzyżanowska



Jagoda Rychter





Grażyna Strumiłło-Miłosz, Pod szczęśliwą kocią gwiazdą, ilustr. Agata Krzyżanowska, wyd. Dreams, Rzeszów 2011.

"Wigilia Małgorzaty" Indii Desjardins

Małgorzata Goden nie jest osobą samotną. Ma dwoje dzieci, wnuki i wielu życzliwych ludzi wokół siebie, którzy pomagają jej w codziennych obowiązkach. Dawniej urządzała Wigilię dla całej rodziny, ale teraz woli spędzać święta przed telewizorem. Po prostu nie ma już siły na świąteczne porządki, a z powodu drżących rąk przestała nawet gotować. Niegdyś przepełniony ludźmi dom stał się dla Małgorzaty oazą spokoju i bezpiecznym azylem "pełnym znajomych zapachów i kojących wspomnień".  Staruszka przypomina sobie śmierć męża - "miłość ostatnich sześćdziesięciu lat życia", a także odejście najbliższej przyjaciółki. Rosnąca liczba pogrzebów, w których przyszło uczestniczyć starszej kobiecie wzmaga myślenie o zbliżającym się kresie własnego życia. Coraz częściej czuje, że kruche i ułomne ciało odmawia jej posłuszeństwa, dlatego kobieta przestała wychodzić z domu. Strach przed chorobą, śliską nawierzchnią czy podstępnym złodziejaszkiem ograniczył jej ruch do spacerów po domu w kapciach antypoślizgowych. Małgorzata przestała nawet chodzić do kościoła, ale "wierzy, że osiemdziesiąt dwie pasterki to dosyć dużo by udowodnić swoją wiarę i gorliwość".

ilustr. Pascal Blanchet

Prawdopodobieństwo nieszczęśliwego wypadku jest duże, dlatego nie chce ryzykować, by nie dokładać zmartwień swoim najbliższym. Wigilijne rozmyślania bohaterki zostają niespodziewanie przerwane przez wypadek samochodowy, który zmusza Małgorzatę do wyjścia ze swojej bezpiecznej strefy w celu udzielenia obcej rodzinie pomocy. Staruszka nie spodziewa się, że w ten szczególny dzień otrzyma od losu najlepszy prezent - odzyska chęć życia, którą przestała odczuwać w obawie przed śmiercią.

Książka kanadyjskiej pisarki, Indii Desjardis, to niebanalna, wzruszająca i pięknie zilustrowana propozycja na nadchodzące święta od Wydawnictwa Dwie Siostry. Warto zaznaczyć, że książka została nagrodzona jednym z najbardziej prestiżowych międzynarodowych wyróżnień w dziedzinie ilustracji książkowej - BolognaRagazzi 2014.

Jagoda Rychter





India Desjardins, Wigilia Małgorzaty, tłum. Jadwiga Jędryas, ilustr. Pascal Blanchet, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2014.

"Rutka" najlepszą książką 2016 roku!

Konkurs "Książka Roku" realizowany jest od 1988 roku przez Polską Sekcję IBBY, a wyróżnione tytuły prezentowane są na Międzynarodowych Targach Książki dla Dzieci w Bolonii. Laureatką tegorocznej nagrody została Joanna Fabicka za wspaniałą "Rutkę", która trafiła na rynek nakładem wydawnictwa Agora.

Zosia Sardynka jest dziesięcioletnią mieszkanką kamienicy przy ulicy Rybnej na łódzkich Bałutach. Jak większość dzieci w tym wieku ma swoje upodobania i jasno określone potrzeby. Nie lubi wątróbki, brukselki i mielonego szpinaku, a wszelkie elementy dziewczyńskiej garderoby schowałaby głęboko w szafie. Nade wszystko kocha zabawę i to najlepiej w towarzystwie podobnie rozbrykanych dzieci, które niestety znikają z podwórka na czas wakacji. Zosia nie chce po raz kolejny wracać do szkoły bez wspomnień, wakacyjnych pamiątek, a nawet traum. Na szczęście wraz z niespodziewanym pojawieniem się starszej ciotki  znikają również obawy dziewczynki. Zosia od pierwszego wejrzenia czuje sympatię do Róży, która od razu zapuszcza korzenie w jej sercu:

Kiedy w twoim życiu pojawia się nowy człowiek, cały świat się zmienia, choćby wszystko nadal stało na swoim miejscu.

Nowa opiekunka Zosi okazuje się być dość ekscentryczną staruszką, a jej zachowanie wprawia w osłupienie niepozbawioną wyobraźni dziewczynkę. Więź, która zawiązuje się między nimi, wzmacnia fakt, że ciotka spędziła dzieciństwo na tym samym podwórku. Dzięki niej Zosia uczy się patrzeć na tak dobrze znane miejsca z nowej perspektywy, bo "każde miejsce ma swoją historię i może być ciekawe. Wystarczy tylko spojrzeć na nie tak, jakby widziało się je pierwszy raz".

To, co było dotąd  niewidoczne, nagle nabiera wyraźnych kształtów. Dzięki temu w życiu Zosi pojawia się rudowłosa Rutka, zamieszkująca sąsiednią kamienicę przeznaczoną do rozbiórki. Pierwsza wizyta w opuszczonym mieszkaniu daje początek podróży do czasów wojennej Łodzi, w której rudowłosa przyjaciółka poszukuje swojej rodziny. Nagle wszystko zaczyna przypominać  świat z czarno-białych kronik filmowych lub starych gazet. Po brukowanych ulicach jeżdżą wozy zaprzężone w konie, stłoczeni ludzie ubrani są dziwacznie i niemodnie, a do tego mówią w różnych językach. Wszystkim udziela się wszechobecny pośpiech i zdenerwowanie.

Czas spędzany z Rutką jest radosny i działa na Zosię kojąco. Czasem tylko przyjaciółka popada w nagłą melancholię i nucąc piosenki w dziwnym języku wspomina rodziców, których pewnego dnia zabrał pociąg. Dziewczynki rozpoczynają poszukiwania i w końcu trafiają na stację Radegast, gdzie Zosia obserwuje pociągi brzydkie i złowrogie, bez okien, zaryglowane ciężkimi, metalowymi sztabami:

A mimo to podróżują nimi ludzie. Wielobarwny tłum wylewa się na zewnątrz od razu, gdy pociąg zatrzymuje się przy rampie. I zaraz potem w górę wzbija się lament we wszystkich językach świata. Jest w nich zawód i lęk, prośba o pomoc i niezgoda  na to, że cel podróży okazał się tak inny od oczekiwań.

Jakże inna jest Łódź, do której trafia Rutka, gdy wskazówki na zegarze zaczynają niebezpiecznie przyspieszać. Dziewczynka ląduje w świecie pełnym szybkich samochodów i modnie ubranych ziomali. Jedynie stare mury przechowują pieśni, szepty i modlitwy wszystkich tych, którzy musieli odejść. "Z samego środka ziemi paruje dziwny smutek, tak wielki, że nawet ptaki nie chcą śpiewać". Rutka wycofuje się z życia w nowej rzeczywistości do szuflady, pokrytej pajęczyną zapomnienia. Zosia jednak znajduje wygodniejsze miejsce dla swojej przyjaciółki, którą chowa głęboko w sercu: "to najlepszy schowek na świecie. Tam nic nie zginie, przeczeka każdy deszcz, każdą zawieruchę".

"Rutka" jest bardzo osobistą książką, gdyż pokazuje Łódź, z którą autorka nadal czuje się wyjątkowo związana. Miejsca naznaczone pierwszymi inicjacjami i wciąż pełne tajemniczej melancholii znalazły wyraźne odbicie w wędrówkach bohaterek. "Właśnie to chciałam w książce pokazać - że każde miejsce miało swoją historię przed nami i mieć będzie po nas. Chciałam napisać historię o Łodzi wielokulturowej, której duch wciąż jeszcze unosi się w powietrzu, choć tak wiele przez lata się zmieniło. Nie ma ulicy Wolborskiej, nie ma synagogi, Targu Rybnego, którego wspomnieniem jest Park Śledzia, nie ma też starego cmentarza żydowskiego. Ale są miejsca, które ostały się niemal nienaruszone, całe kwartały ulic. One pamiętają ludzi i zdarzenia sprzed lat" - wyznaje Joanna Fabicka.

 


Mimo trudnej tematyki, którą porusza "Rutka" w książce nie znajdziemy nadętej martyrologii. Zamiast niej otrzymujemy magiczną opowieść pełną  symboli i metafor, z których najbardziej wymowna jest postać Chaima Rumkowskiego, czyli Białego Pana, polującego na dzieci ukazane pod postacią różnobarwnych motyli. To książka, którą można odbierać na dwóch płaszczyznach - jako magiczną opowieść o przygodach dwóch dziewczynek podróżujących w czasie lub historię wojenną, której nośnikiem jest postać Rutki. Na pewno jest to historia, która zmusza do zadawania pytań i odkrywania tego, co nieznane i zapomniane.




Jagoda Rychter



Joanna Fabicka, Rutka, ilustr. Mariusz Andryszczyk, wyd. Agora, Warszawa 2016

sobota, 28 stycznia 2017

"Dwie siostry i wiedźma" Agnieszki Budzicz-Marchlewskiej

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, żyła sobie zła wiedźma... Tak zwykle zaczynają się pouczające baśnie dla dzieci, w których magiczne postacie wystawiają na próbę charakter głównego bohatera, pomagając mu lub przeszkadzając w podjęciu odpowiednich decyzji. Dorośli chętnie czytają dzieciom baśnie, ze względu na ich moralizatorski wymiar, zaś dzieci z wielką przyjemnością słuchają tajemniczych opowieści o czarownicach, smokach, skrzatach i innych nieziemskich stworzeniach, uosabiających dobro lub zło. Historie z zamierzchłej przeszłości, przekazywane z pokolenia na pokolenie, wprowadzają dziecko w świat, w którym człowiek, uzależniony od kaprysów Natury, musiał liczyć się z jej licznymi opiekunami: 

To były czasy, gdy każda rzeka, góra, każdy strumyk i las miały własnego ducha opiekuna z całą armią sług: wił, brzeginek, rusałek, i drzewic (...). Na polach straszyły południce, które źle życzyły rolnikom, a w lasach borowe dziady pilnowały porządku. Nad rzekami należało strzec się mamun i utopców, lubiących wciągać pod wodę nieostrożnych przechodniów.


I właśnie do świata słowiańskich bóstw zaprasza małych czytelników Agnieszka Budzicz-Marchlewska, która w swojej najnowszej książce łączy współczesność z czasami pogańskimi.

Dziewięcioletnia Dominika i jej rok starsza siostra Patrycja żyją na granicy dwóch światów, ze względu na szczególne położenie domu rodzinnego, za którym rozciąga się ściana lasu. Próba zbudowania chatki na drzewie niespodziewanie inicjuje spotkanie z tytułową Wiedźmą, zwaną Jagą, która pojawia się zawsze wtedy, gdy jej podopiecznym dzieje się krzywda. Dzięki jej interwencji, dziewczynki mają okazję poznać drzewicę - ducha opiekuńczego dębu, dzięki któremu zyskują świadomość, że drzewa również "czują", zwłaszcza gdy wbija się w nie ostre gwoździe. Siostry nie kryją swojego zaskoczenia, które potęguje nietypowy wygląd "przygłuchej" Wiedźmy, wyposażonej w ciemne okulary, szeroki kaptur i komicznie długie podkolanówki w biało-czerwone pasy. Nie mniej intrygujący jest nowoczesny "pojazd" czarownicy, którym jest snowboard, napędzany przez zaprzęg nietoperzy, których liczba rośnie proporcjonalnie do sukcesywnie znikającej piernikowej chatki, podjadanej przez łakomą opiekunkę leśnych bóstw. Jaga docenia komfort lotu i walory estetyczne swojego nowego wehikułu, choć nie ukrywa swojego zażenowania ilością i różnorodnością wyrzucanych rzeczy do lasu. To nietypowe spotkanie wpływa na zmianę postawy dziewczynek, które postanawiają zgłębić świat otaczającej je fauny i flory i traktować go z należytym szacunkiem.

Punktem kulminacyjnym opowieści jest nagłe zniknięcie ukochanego psa Miłka, w którego odnalezienie angażuje się ekscentryczna Wiedźma wraz z całym orszakiem swoich podopiecznych. Razem wyruszają  na ratunkową ekspedycję, w trakcie której poznają Chmurnika, zamieszkującego leśną stację meteorologiczną, Utopca, żyjącego w pobliskim oczku wodnym oraz Dziewonię - opiekunkę zwierząt, która doprowadza akcję do szczęśliwego finału. Nie obejdzie się bez niespodziewanych zwrotów akcji, w trakcie których siostry dowiedzą się, że ich dom rodzinny zamieszkują Domowiki, a Jaga okaże się postępową wiedźmą, mającą swoje centrum dowodzenia w postaci leśnego informatyka - Leszego, bez problemu obsługującego klawiaturę i myszkę.

Książka Budzicz-Marchlewskiej w zabawny i atrakcyjny sposób przybliża dziecku przedchrześcijańską krainę pełną tajemniczych istot, wobec których ówczesny lud czuł szacunek i pokorę. Tego samego szacunku wobec przyrody uczą się dorastające dziewczynki, których wytrwałość, cierpliwość i wiara w swoje możliwości zostają nagrodzone. Jeśli jesteście gotowi wziąć udział w magicznej wyprawie do świata naszych przodków, zachęcam do lektury!

Jagoda Rychter

Agnieszka Budzicz-Marchlewska, Dwie siostry i wiedźma, wyd. Skrzat, Kraków 2015